środa, 26 listopada 2014

Slowfoodowe Śniadanie Filmowe 2014


Jest taki jeden dzień w roku, kiedy w kilku miastach Polski przy fantastycznym śniadaniu spotykają się nie mniej fantastyczni ludzie. Gdzie czuć w powietrzu ogrom pozytywnej energii, gdzie każdy uśmiecha się do nieznajomych i gdzie można skosztować najlepszego jedzenia od najlepszych szefów kuchni. Mowa tym razem nie o Wigilii, ale o Slowfoodowym Śniadaniu Filmowym, odbywającym się przy okazji Food Film Fest organizowanego przez Kuchnię+.

Takie śniadania organizowane są przez Stowarzyszenie Slow Food co roku, zawsze w listopadzie. I chociaż to był mój pierwszy raz, to na pewno nie ostatni. Tym razem Slow Food do współpracy zaprosił sześciu warszawskich szefów kuchni, których nazwiska mówią same za siebie. Nastawiłam się na genialne jedzenie i jeszcze lepszą atmosferę i to właśnie dostałam, aż z nawiązką.









Gości w Warszawie w tym roku powitało bardzo klimatyczne wnętrze Reduty Banku Polskiego oraz przepięknie udekorowane stoły. A na stołach… Chrupiące bułeczki i przepyszne, świeżo wypiekane pieczywo Witka Iwańskiego, domowe twaróg i masło, rewelacyjny sok jabłkowy, miody, krem jabłkowy, napar z czarnego bzu… Po kilkunastu minutach przy stole już byłam najedzona po uszy - ciężko oderwać się od takich fantastycznych rzeczy, ale dania z menu przygotowanego przez szefów kuchni dopiero miały pojawić się na stołach.







Na początek naprawdę mocny strzał, który, jak się później okazało, pozostał dla mnie najmocniejszym do końca. Szef Arkadiusz Janczarek przygotował domową pasztetówkę z wątróbek króliczych, która została podana w uroczych małych słoiczkach. W środku, oprócz pasztetówki o konsystencji niesamowicie delikatnego musu, znaleźć można było także kiszonego ogórka i marynowanego rydza. Absolutna rewelacja.



Witek Iwański z restauracji Aruana uraczył nas kanapkami z pysznym brązowym masłem, marynowanymi grzybami i warzywami oraz kumpiakiem. Jak widać, człowiek uczy się przez całe życie, a dzięki tegorocznemu śniadaniu odkryłam kumpiak - taką polską wersję szynki parmeńskiej. ;) Surowa i bardzo mocno podsuszona (dla moich zębów nieco zbyt mocno) szynka z udźca wieprzowego bardzo fajnie skomponowała się z grzybkami.



Największym, a właściwie jedynym, zgrzytem podczas śniadania była potrawa numer trzy. Miał być Wojciech Modest Amaro, miał być świeżutki bałtycki łosoś, miał być również burak, rumianek i wosk pszczeli. Z całego towarzystwa pozostał tylko burak.
Wojciech Amaro się nie zjawił, chociaż wszyscy pozostali szefowie kuchni byli na miejscu, życząc gościom smacznego, przygotowując na bieżąco potrawy, a nawet roznosząc je na stoły. Łosoś bałtycki nie dojechał na czas i został zastąpiony inną rybą. Rumianek niewyczuwalny zupełnie, wosk pszczeli - być może nieco w zapachu, ale może bardzo chciałam go poczuć. Na talerzu wylądował kawałek ryby, owszem, bardzo ładny, bo zabarwiony na czerwono burakiem, jednak wciąż o konsystencji gumy i wciąż bez smaku. Piszę to z wielkim żalem, bo nie ukrywam, że wybierając się tego dnia do Reduty byłam najbardziej ciekawa dania, które zaserwuje nam najbardziej utytułowany polski szef kuchni, niemniej było to zdecydowanie najsłabsze danie spośród wszystkich.



Muszę przyznać, że na jesienną owsiankę na gęsiej okrasie od Renaty Osojcy i piklach od Kamili z Mierzwic czekałam z pewnymi obawami. Jak to tak, wytrawna owsianka? Gęś na śniadanie? A gdzie owoce i miód?
Powiem tak - warto było czekać. Ekipa z Kafe Zielony Niedźwiedź, czyli Sebastian Olma i Zbyszek Kmieć mnie zauroczyli. Gorąca owsianka na gęsim tłuszczu, z plastrami wędzonej gęsi, marynowanymi kurkami i szczypiorkiem była absolutnym strzałem w dziesiątkę. Zastanawiam się cały czas, jak zrobić takie cudo w domu. Niestety Kafe Zielony Niedźwiedź nie ma tego dania w menu, a szkoda, bo pewnie pisałabym teraz do Was siedząc przy stoliku na Smolnej.



Nie zawiódł także Aleksander Baron z Solec 44. Wprawdzie żur na zakwasie jest dość niecodzienną propozycją na śniadanie (chyba że na niedzielne leczenie kaca), jednak jego smak broni się tak bardzo, że w ogóle mi nie przeszkadzał ten dysonans. Na wielki plus fakt, że wazach pływało wesoło bardzo dużo kawałków przepysznych, nierozgotowanych grzybów. Żur zdecydowanie mógł dotrzeć na stoły o wiele cieplejszy, ale nawet jego średnio-ciepła temperatura nie powstrzymywała przed nałożeniem sobie dokładki.



Jeżeli chodzi o mnie, Agata Wojda miała tym razem pecha. Jestem ogromną fanką jej przepisów, ale połączenie dyni z kaszą jaglaną, czyli dwóch produktów, do których podchodzę jak pies do jeża, było ryzykowne. Naprawdę każdego dyniowego sezonu próbuję zaprzyjaźnić się z dynią i naprawdę podjęłam kilka prób zaprzyjaźnienia się z kaszą jaglaną. Nie wyszło nigdy do tej pory, nie wyszło i tym razem. Bardzo dobry, gęsty i aromatyczny, sos z suski sechlońskiej.







Na koniec znowu Witek Iwański, który sprawił, że do domu wracałam tocząc się. Genialne pulchne racuchy drożdżowe, które dotarły na stół jeszcze gorące, a następnie zostały posypane cukrem pudrem oraz polane miodem drahimskim. Nie ma więcej co pisać, tego trzeba było spróbować. A potem wziąć sobie dokładkę i wrócić w przyszłym roku po więcej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...