poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Bar Prasowy - Warszawa, ul. Marszałkowska 10/16



Zeszłoroczna wojna o legendarny komunistyczny bar Prasowy odbiła się w stolicy naprawdę szerokim echem. Po wielu protestach, niekończących się negocjacjach i licznych zarzutach skierowanych przeciwko warszawskim hipsterom, przy Marszałkowskiej w końcu otworzył swe podwoje Prasowy, a nie kolejna elegancka restauracja lub bank. Prasowemu od początku zarzucano wiele - a to, że niepotrzebny kolejny bar mleczny w Warszawie, a to, że obsługa niezgrana, a to, że jedzenie niedobre i drogie. Dając czas zarówno Prasowemu jak i jego pracownikom na dotarcie się, sami dotarliśmy na Marszałkowską 10/16 prawie rok po otwarciu. Wprawdzie dawnego Prasowego nie znałam, ale czy naprawdę było za czym tęsknić?


Tym, co uderza w Prasowym już na samym początku, jest ogromna kolejka. Znajdziemy tu zarówno pracowników pobliskich biur w garniturach, jak i starsze osoby z nieodłącznymi wózkami na zakupy, które z pewnością doskonale pamiętają stary Prasowy. Przy stolikach również mnóstwo młodzieży, dla której Prasowy pomału także staje się miejscem kultowym - takim, do którego już nie jest obciachem przyjść na obiad. Kto z nich jeszcze parę lat temu chadzał do barów mlecznych i chwalił się tym na fejsbuku? Miejsce otwiera się także - a może przede wszystkim - na młodych, nie tylko dzięki prężnie działającemu fanpage i wszechobecnym hasztagom oraz akcji promującej polskie jabłka, dzięki której każdego dnia w menu pojawia się potrawa z tymi owocami.


Menu - jak w barze mlecznym. Mnóstwo klasyki, ale i codziennie danie dnia, które prezentuje się naprawdę ciekawie. My trafiamy na pierś kurczaka zapiekaną z serem i pesto. Ceny zestawów obiadowych od 11 do 16 złotych, zup - od 1,5 do 6 złotych. Za pomidorową i porcję pierogów lub naleśniki zapłacimy maksymalnie osiem złotych - do tego tablica z menu informuje, że na pierogi i naleśniki trzeba poczekać od dziesięciu do piętnastu minut, co zdecydowanie pozwala przypuszczać, że są gotowane/smażone na bieżąco, a nie odgrzewane. Wielki plus za to, a także za fakt, że każdego dnia w menu znajduje się danie wegetariańskie.


Zupa pomidorowa z makaronem lub ryżem - klasyk za półtora złotego. Chociaż oczywiście trudno w niej znaleźć mięso czy kawałki warzyw, czuć, że jest przygotowana na bazie mięsnego wywaru. Za taką cenę nie oczekuję niczego więcej niż miseczki gorącej, niezłej zupy i własnie to w Prasowym otrzymałam.


Chłodnik kosztuje już złotych sześć, ale to wciąż bardzo dobra cena za to, co dostajemy. Dobrze zbilansowany smak, idealna dla mnie ilość warzyw pływających w środku, a do tego dwie połówki jajka.


Każde danie  główne to zestaw ze sporą miską surówek (prawdziwy misz - masz: w jednej misce lądują pomidory z cebulą, surówka z białej kapusty i... kukurydza konserwowa) oraz, do wyboru, kaszą, ryżem lub ziemniaczkami. Porcje naprawdę spore, całość całkiem smaczna. Pewnie, że trochę brakuje tego nieuchwytnego czegoś, co sprawia, że jest jak u babci, ale mimo to Prasowy znakomicie daje radę. Pewnie, że potrawy są odgrzewane i nie zawsze super gorące, a nikt nie układa jedzenia precyzyjnie na talerzu, ale wrzuca je nań wielką chochlą - dokładnie taką, jaką dzierżyła w swojej dłoni prześladujące mnie do tej pory w koszmarach sennych panie wydające jedzenie w przedszkolu - ale w takim miejscu to nie przeszkadza, bo po prostu tego nie oczekujesz. Długie kolejki, przepychanie się, by zająć najlepszy stolik i pani krzycząca z okienka tubalnym głosem, że do odebrania są pierogi z mięsem - dokładnie tak wyobrażam sobie ten Prasowy sprzed lat. Chyba tak dużo się nie zmieniło. ;) Jeśli zatem szukacie miejsca niedaleko centrum, w którym zjecie dwudaniowy obiad już za siedem i pół złotego, Prasowy to zdecydowanie Wasz cel.

1 komentarz:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...