wtorek, 4 marca 2014

ZaKładka - Kraków, ul. Józefińska 2


Krakowskie poszukiwania lokalu odpowiedniego dla uczczenia małego prywatnego święta skończyły się pełnym sukcesem. Chyba na każdym forum zrzeszającym miłośników dobrej kuchni wśród tych polecanych pojawia się zawsze jeden adres - Józefińska 2. Nic nie dzieje się bez przyczyny, prawda? :)
ZaKładka okazuje się lokalem położonym, nomen omen, tuż za kładką łączącą klimatyczny Kazimierz z Podgórzem. To takie łatwe - przechodzisz przez drewnianą kładkę i oto jesteś w kulinarnym raju.

Prosto, bezpretensjonalnie, bez zbędnego zadęcia. Niewielkie stoliki i proste krzesła, a mimo to czujesz domową atmosferę. Na stoliku ląduje zwykły szary papier i menu wydrukowane na jednej karcie. Polecane dania i wina zostały wypisane na czarnej tablicy. Pierwsze skrzypce w ZaKładce gra jedzenie, które - nie da się ukryć - jest wyśmienite.




Bardzo dobre okazuje się domowe wino - 6 zł za kieliszek. Wraz z nim na stole wylądowało czekadełko, które mnie zachwyciło do granic możliwości i właściwie mogłabym na nim poprzestać jedzenie tego wieczora. :)
Zachwyciło mnie nie tylko podanie - idealna kompozycja białych naczyń, kieliszek na jajko z pomidorowym musem i tapenadą z oliwek w środku oraz urocza mała bułeczka i idealnie miękkie pozostałe kawałki pieczywa. Smakowo całość stała na równie wysokim, jeśli nie wyższym poziomie.



Skoro byliśmy we francuskim bistro, chyba nie sposób nie zamówić zupy cebulowej. Jest naprawdę pyszna - idealne skarmelizowana cebula, pyszny wywar i chrupiące grzanki z ciasta francuskiego. Mnie odrobinę zabrakło jedynie dodatku żółtego sera, który mógłby znakomicie dopełnić całości. No, ale ja jestem  strasznym serożercą. :)



Przed Igorem miła pani kelnerka postawiła veloute z małży - gęstą zupę z muli z dodatkiem pora, szafranu i kopru włoskiego. Igor zachwycony, ja nieco mniej - zupa tak intensywnie morska w smaku, że dla mnie aż za bardzo. Może to ten fenkuł?



Kiedy w menu zobaczyłam ślimaki, wybór był właściwie oczywisty. Wprawdzie nigdy jeszcze ich nie próbowałam, ale doszliśmy do wniosku, że wydatek rzędu piętnastu złotych to jeszcze nie taka tragedia, więc przeżyjemy nawet jeśli okażą się okropne. Ostatecznie okazały się bardzo dobre, ale wcześniej zdążyłam wpaść w panikę - przypomniałam sobie scenę z Pretty Woman i Julię Roberts próbującą podczas wykwintnej kolacji wyciągać ślimaki ze skorupek.
Opatrzność czuwała nade mną tego wieczora, bo ślimaki zostały podane już bez skorupek, a w dodatku niczym nie przypomniały ciągnących się glutów, które zdążyłam sobie wyobrazić. :) Do tego rewelacyjny sos z masła, czosnku i natki pietruszki, mini grzaneczki zapieczone razem ze ślimakami oraz świeża i chrupiąca bagietka. Oby wszystkie kulinarne pierwsze razy były tak udane jak ten z ZaKładką i ślimakami. :)



Kolejna pozycja z karty - pieczone udko z kaczki, gratin ziemniaczane, kapusta savoy, sos béarnaise. Nie ma się nad czym rozwodzić - chrupiąca skórka kaczki, idealnie dopieczone ziemniaki i najlepszy sos ever. Całość komponująca się idealnie.



Wkrótce na blogu pojawi się niezbyt optymistyczny post o jedzeniu, które kiedyś wydawało nam się wspaniałe i do którego wracamy latach, narażając się na rozczarowanie.
Coś mi jednak mówi, że w tym wypadku tak nie będzie - podczas kolejnej wizyty w Krakowie na pewno z przyjemnością wrócę do ZaKładki. Szef kuchni, Rafał Targosz, nie bez przyczyny zdobywa jedno wyróżnienie kulinarne za drugim - jedzenie jest genialne. Do tego świetna atmosfera, rewelacyjny stosunek ceny do jakości, dobre wino i brak niepotrzebnego napuszenia. Jednym słowem - wielkie ŁAŁ.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...