sobota, 8 marca 2014

Gruzińskie Chaczapuri - Kraków, ul. Floriańska 26


Tak sobie myślę, że pewne wspomnienia, które dopieszcza się w głowie przez lata, powinny zostać tylko wspomnieniami. Z pewnością kiedyś doświadczyliście uczucia ogromnego rozczarowania, bo smak, który zapamiętaliście z dzieciństwa, okazał się okropny, a najlepsze naleśniki w mieście, które polecały Wam setki znajomych i nieznajomych, były tylko zwykłymi naleśnikami. Taki kulinarny syndrom paryski - z jakiegoś względu oczekujesz kulinarnych fajerwerków, a czeka Cię przypalony schabowy i zimne ziemniaczki.

Tak właśnie było w moim przypadku z Gruzińskim Chaczapuri w Krakowie. Pamiętałam smak gruzińskiego placka z furą aromatycznego mięsa i zapieczonego specjalnego gatunku sera prosto z Gruzji oraz świetnych sosów. W Gruzińskim Chaczapuri byłam raz przeszło sześć lat temu i od tej właśnie pory czekałam wytrwale na to, by spróbować pysznych dań raz jeszcze. Spontaniczny weekendowy wyjazd do Krakowa sprawił, że chaczapuri śniło mi się po nocach. Sen na jawie okazał się niestety mało kolorowy.

Kiedy weszliśmy do restauracji, okazało się, że zajmujemy ostatni wolny stolik. To niejako potwierdzało moje wspomnienia - tyle lat na rynku i dwupoziomowy lokal wciąż pełen ludzi? Musi być tak, jak zapamiętałam.

Pan kelner przyniósł czekadełko - myślę sobie, super. Ciepła bułeczka i trzy średniej jakości sosy sprawiły jednak, że poczułam się jak w innej bardzo znanej sieciówce serwującej shoarmę.



Po około dwudziestu minutach oczekiwania kelner przyniósł wieść, iż niestety jedno z naszych dań uległo destrukcji. Na domiar złego kucharz nie jest w stanie przygotować drugi raz tej samej potrawy. Hm? Oblegana knajpa tuż przy rynku? Godzina szesnasta po południu w sobotę? Przygotowanie szaszłyka z mięsa mielonego? Nie widzę innej opcji jak tylko ta, że kucharz został zamordowany przez rodowitych Gruzinów oburzonych jakością serwowanych w lokalu potraw. ;) Niestety nie dowiadujemy się, co było przyczyną destrukcji, ale pan uprzejmie proponuje wybór innego dania oraz obiecuje rabacik. Wybieramy zatem, bo mimo wszystko wciąż jeszcze jest całkiem miło.

Nie byłam w Gruzji. Jak wygląda prawdziwe chaczapuri - nie wiem. Wiedza nabyta za pośrednictwem bloga Oblicza Gruzji (klik, klik) mówi mi, że placek robi się z mieszaniny sera i mąki, a następnie zapieka w piecu z mięsem i serem podpuszczkowym na wierzchu. Moje chaczapuri przypomina raczej węgierskiego langosza, zbyt ostro potraktowanego tłuszczem. Langosze wprawdzie uwielbiam, ale w tym wypadku chyba nie o to chodziło. :) Z drugiej strony węgierski specjał jest rewelacyjnie chrupiący, czego nie da się stwierdzić w tym przypadku. Próbowaliście kiedyś włożyć nieco podeschniętą bułkę na kilka minut do mikrofalówki? Nie polecam. ;)


Zamiast dania, które we wciąż tajemniczych dla nas okolicznościach uległo destrukcji, na stole lądują szaszłyk z wieprzowiny marynowanej w czerwonym winie i gruzińskich ziołach, opiekane ziemniaczki, pikantny sos oraz surówka z pomidora i ogórka. Całość poprawna, bez fajerwerków, ale też bez tego rozczarowania, które towarzyszy każdemu kęsowi mojego chaczapuri. Nie wiem, skąd Gruzińskie Chaczapuri bierze pomidory, ale zdecydowanie na plus poczytuję fakt, iż nie jest to pseudo-pomidor z supermarketu. Smakuje i pachnie jak pomidor, co wcale nie jest dzisiaj oczywiste. ;) Bardzo duża porcja - na zdjęciu większość już została skonsumowana.


Wspomniałam, że później było gorzej? Wkrótce otrzymujemy rachunek z miłym Dziękuję i uśmiechniętą buźką, ale też ze starannie podkreśloną długopisem informacją, iż napiwek dla obsługi nie jest wliczony w cenę dań. Pan nie tylko zapomina uwzględnić obiecanego nam rabaciku, ale także wydać reszty.
Rozumiem niekończące się dyskusje o napiwkach dla kelnerów. Znam ludzi, którzy pracowali w gastronomii bez umowy, a jedyny ich dochód to kwota, jaką w ciągu dnia uzbierali z napiwków od klientów. Teoretycznie ta końcówka, której pan kelner nam nie wydał, była mniej więcej w wysokości tradycyjnego napiwku dla obsługi w restauracji. Wszystko się zgadza. Ale mimo to coś kłuje nieprzyjemnie.

Od czasu mojej ostatniej wizyty w Gruzińskim Chaczapuri sporo się pozmieniało. Zamiast małej klimatycznej knajpki czekała na nas zwykła sieciówka z takim sobie jedzeniem. Może to mój gust kulinarny poszedł w innym kierunku. Może to Gruzińskie Chaczapuri poszło bardziej w stronę siecowego lokalu dla turystów. Może to chaczapuri jedzone przed sześcioma laty zostało przeze mnie za bardzo wyidealizowane. Być może wszystko to zadziało się naraz - zdarza się.
Ale obsługa? Dziękuję, postoję.

*Pierwsze zdjęcie w tym poście pochodzi z restauracji Pod Wawelem. Tam nie trzeba było żądać. ;)

1 komentarz:

  1. Zgadzam się w 100%, moja noga w Chaczapuri więcej nie postanie od czasu gdy jeszcze na studiach (około 5-6 lat temu) organizowałam konferencję, której elementem był obiad. Oczywiście budżet bardzo napięty, jak to przy takich okolicznościach bywa. Pierwszy szok przeżyłam gdy powiedziano nam, że nie możemy wybrać sobie restauracji, w której zjemy, bo tylko jedna oferuje możliwość obsługi grupy (what?) no ale budżet, budżet... W Chaczapuri zaproponowano nam dwa dania jako ofertę dla gości - jedno mięsne, drugie wegetariańskie, trochę mi szczęka opadła gdy menadżer (czy kto to tam był, miałam wrażenie że rozmawiam z kimś, kto po polsku nie mówi) zażyczył sobie deklaracji kto co będzie jadł - no jasne bo ja wiem kto z 50 uczestników z całej Polski jest wege, a kto katolikiem (piątek), bądź muzułmaninem (wieprzowina), a w końcu zamawiam obiad u cioci, a nie w knajpie która żyje z tego... Myślałam, że to już koniec cyrków, dostaniemy jeść (wtedy, jak wspominasz, jedzenie tam było jeszcze znośne, choć moim zdaniem i tak bez szału), zapłacimy umówioną kwotę i zapomnimy o sprawie. Hehe, akuku przyszliśmy, upakowano nas na jakąś antresolę w kącie (niech im będzie) i kelnerka zaproponowała kartę win (które oczywiście nie były uwzględnione w naszym uzgodnionym menu, ani ujęte w cenie) i parę osób sobie to wino wzięło - trudno wyrwać im kartę przecież... I tyle jeśli chodzi o jakieś umowy z tą knajpą. Zapomniałam chyba wspomnieć, że kelnerka spindrając się do nas na tą antresolę potknęła się i wywaliła talerz z jedzeniem, którego części tkwiły tam zapomniane do końca naszej wizyty (zmieciono z wierzchu to co leżało na środku). Oczywiście każdy dostał swoją potrawę w innym czasie, tak, że jedni już zjedli a drudzy wciąż czekali. O tym jaka to była porażka świadczyć może chciażby fakt, że dokładnie sprawdziliśmy czy nie doliczono nam do rachunku tego dania, które wywaliła kelnerka...

    W efekcie cieszę się, że powiedziano nam przy tym pierwszym spotkaniu, że knajpa nie obsługuje grup w weekend, bo dzięki temu w sobotę trafiliśmy do Chimery, gdzie za cenę minimalnie wyższą (w efekcie przez to wino w Chaczapuri taką samą) dostaliśmy oddzielną salę z 3 kelnerkami, które obsługiwały tylko nas, dwie pyszne potrawy (o niebo lepsze niż u poprzednika), nikt nie musiał wcześniej ustalać co kto będzie jadł (pani nawet dziwnie na mnie popatrzyła gdy o to spytałam), na stole zestawy sałatek donoszone gdy tylko gdzieś zabrakło podobnie woda i soki do oporu... Chimerę z przyjemnością dalej odwiedzam, w Chaczapuri nie byłam już nigdy, a czasem na wspomnienie tych wydarzeń mam ochotę splunąć w witrynę.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...